Zabieg
KardiochirurgiaOpisuję akcję, która działa się kilkanaście dni wcześniej
Tę część znam z opowiadań innych, sam miewałem jedynie krótkie prześwity świadomości.
Po otworzeniu klatki piersiowej okazało się, że nie jest wesoło. Miała być tylko zastawka mitralna, a okazało się, że i aortalna i kawałek aorty do wymiany. Poza tym serce przeżarte przez IZW było jak galareta. “Operator” trudził się wraz z powiększonym naprędce zespołem przez 6 godzin.
Odwieziono mnie na OIOM. Po standardowych pytaniach o imię i nazwisko, padły pytania z mojej strony:
czy powiadomiliście małżonkę? gdzie jest moja żona?
Po czym gorzko zapłakałem czując, mimo zapewnień, że skoro Ukochanej nie ma przy mnie, to nie została powiadomiona. I tak było w istocie. Informacje można było uzyskać do godz. 18-stej, a potem dopiero rano.
Kardiochirurdzy, która mnie operowali przeszli do następnego pilnego zabiegu - pacjent przewieziony śmigłowcem.
Niestety, po jakimś czasie dostałem krwotoku. Nie było ekipy, musiałem czekać na swoją kolej. Na szczęście doczekałem się. Otworzyli mnie ponownie i zaszyli “gąbki” wokół serca, które po paru godzinach wyciągnęli. W sumie przetoczyli mi 10 l krwi.
W domu moja Ukochana, zaniepokojona, bez wiadomości o końcu operacji. Dzwonić po 11-stej.
Udało jej się skontaktować z “Operatorem”. Sytuacja krytyczna - krótko odpowiedział. Telefon zamilkł.
Zrozpaczona małżonka pojechała do szpitala. Udało jej się porozmawiać z anestezjologiem.
”Ja pani nadziei nie odbieram” …
Moje naiwne założenie że mam 90% szans, zweryfikowało życie, po tylu godzinach operacji i krwotoku, szanse stopniały niemal do zera. A jednak pozostała nitka nadziei, której uczepili się moi bliscy.